- Mamo, wciąż nie rozumiem jak mogłaś mi to zrobić! - krzyknęłam. Do tej pory nie byłam w stanie pojąć, dlaczego o wszystkim dowiadywałam się jako ostatnia. W połowie roku szkolnego miałam się wyprowadzić? Wciąż w to nie wierzę... Zostawić liceum, ukochanych przyjaciół na rzecz lepszej pracy własnej matki. Powinnam się przyzwyczaić do tego, nigdy nie ustalała niczego ze mną.
- Robię to tylko dla naszego dobra, w końcu zamieszkamy we własnym domu, zobaczysz. Szybko się tam odnajdziesz, jestem tego pewna. - odpowiedziała.
- Dla mojego dobra chcesz, abym wyjechała do Irlandii? Poważnie? - zakpiłam, przewracając oczami. Nie podobała mi się ta opcja. W prawdzie nie miałam problemów z językiem, jednak za nic w świecie nie chcę opuszczać tego małego miasteczka. Ma swój urok.
- Nie rozumiesz, że tu nie mamy żadnej przyszłości? Koniec dyskusji, wyjeżdżamy za dwa dni. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, resztę kupimy na miejscu. - stwierdziła, po czym odwróciła się i wyszła z mojego pokoju.
Czując jak przez moje ciało przechodzą nieprzyjemne dreszcze, postanowiłam zadzwonić do przyjaciółki. Po dłuższej rozmowie z nią nie wiedziałam co począć. Stanęłam przed lustrem: w jego odbiciu znajdowała się chuda, niska dziewczyna, o dużych, niebieskich oczach i długich, brązowych włosach.
- Och, dlaczego to przytrafiło się akurat mi? - Wzdycham, przeczesując dłonią włosy. Postanowiłam wziąć długi, relaksujący prysznic. Po długich czterdziestu minutach wyszłam do zaparowanego pomieszczenia. Przebrałam się w ukochane dresy, a następnie udałam się do szafy. Otwarłam ją, machinalnie lustrując wzrokiem.
- Na spakowanie ubrać nie potrzebuję mnóstwa czasu, dam radę. - upewniam sama siebie, biorąc głęboki wdech. Moje ostatnie dni w murach tej szkoły... na samą myśl w moich oczach pojawiają się łzy. Nim się zorientowałam, była już godzina dwudziesta. Przygotowałam się na czwartkowe zajęcia, przeglądając materiał, tym samym upewniając się, że na jutro nic nie mam. Z ulgą odstawiłam plecak tuż obok łóżka, po czym położyłam się. Muzyka, którą włączyłam, dawała mi chwilę na refleksje. Jak to będzie? Czy poznam tam kogoś? Czy ktokolwiek mnie tam polubi? Cholera, nikt nie powiedział, że będzie łatwo... Z taką myślą zasnęłam.
Następnego ranka obudził mnie dźwięk telefonu - budzik. Wyłączyłam go, a następnie wstałam. Niechętnie pozbyłam się swoich dresów i wcisnęłam w jeansy. Zeszłam na dół, na śniadanie, które sama uprzednio uszykowałam, ponieważ moja mama była w pracy. Po niecałych dwudziestu minutach wróciłam do pokoju, aby namalować na powiekach kreski eyelinerem, mój nieodłączny towarzysz. Zerknęłam na zegarek, jak zwykle na czas. Leniwym krokiem ruszyłam ku drzwi, aby dotrzeć na przystanek autobusowy. Docierając na miejsce, nie musiałam długo czekać, aż mój środek transportu nadjechał. Podróż do liceum trwała dziesięć minut, którą umilały mi moje słuchawki i muzyka.
Idąc do szkoły, jak zwykle wstąpiłam do sklepu po coś słodkiego, a następnie do piekarni na rogu po coś na ciepło. W klasie uważana byłam za strasznego głodomora, pomimo mojej wagi. Dochodząc pod salę, w której odbywały się zajęcia, zostałam przywitana przez koleżanki z klasy. Na wieść, o tym, że odchodzę, atmosfera znacznie się pogorszyła. Nie chcąc dalej o tym rozmawiać, zmieniłam temat. Nim się spostrzegłam, dziewięć lekcji minęło jak z bicza strzelił. Poinformowałam dziewczyny, że jutro nie pojawię się w szkolę, ponieważ muszę się spakować. Pożegnałam się z wszystkimi. Po godzinie znajdowałam się w domu. Rzucając mamie szybkie "nie jestem głodna". Od razu wzięłam się za pakowanie. Nie zajęło mi to dużo czasu. Postanowiłam zejść na dół, do kuchni, gdzie zastałam mamę.
- Zjesz coś? Zrobiłam kanapki. - podsunęła mi pod nos talerz z pieczywem.
- Uhm... musiałabym. - westchnęłam, zabierając chleb z talerza.
- Wiem, że to dla Ciebie ciężkie, ale postaw się w mojej sytuacji, to dla nas jedyna możliwość. Poza tym, to spodoba Ci się tam.
- Mamo, gdzie zamieszkamy? - Zmieniłam temat.
- Mullingar. - Odpowiedziała.
- Żebym jeszcze wiedziała gdzie to jest. - przygryzłam dolną wargę, lustrując twarz rodzicielki.
*dzień przyjazdu do Mullingar.*
- Jaki ogromny dom! Stać nas na niego? - zapytałam oszołomiona, wpatrując się w wielki budynek, z białym płotem i dużej wielkości ogrodem. Był wręcz idealny. Spodziewałam się zniszczonej rudery, nie było nas stać na takie luksusy.
- Oczywiście, tu wszystko zmieni się na lepsze, córeczko. - Stwierdziła mama, po czym pogłaskała mnie po głowie.
Postanowiłyśmy więc wejść, jednak uniemożliwiło nam to donośne chrząknięcie. Odwróciłam się, a za mną stał pewien blondyn, dobrze ubrany, o przenikliwym spojrzeniu. Całkiem niezły - powiedziałam w myślach, patrząc uważnie na chłopaka.
- Przepraszam, że teraz nachodzę, ale chciałem przywitać nowych sąsiadów, byłem ciekaw kto znów tu się wprowadzi. Nazywam się Niall. Niall Horan. - odpowiedział niebieskooki, wyciągając ku mnie dłoń. Odwzajemniłam uścisk, zabierając głos.
- Miło mi Cię poznać, Niall. Jestem Vivienne, poznaj moją mamę Nathalie. - Ruchem dłoni wskazałam na matkę.
- Może macie ochotę wpaść do nas wieczorem na okazję? Moja rodzina z chęcią was pozna. - Z entuzjazmem stwierdził chłopak.
- Mamy mnóstwo roboty w domu, może innym razem. Chociaż wiesz co? Możesz oprowadzić mnie po okolicy, jeśli to nie problem. - Uśmiechnęłam się nieśmiało, czekając na reakcję chłopaka.
~
Na razie tyle. Chcę poznać Waszą opinię, czy wam się podoba. Liczę na komentarze. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz